SPRAJEM PO ŚCIANIE

O Hosier Lane czytałem i wiedziałem znacznie wcześniej niż przyjechałem do Melbourne. Ulica choć krótka, zdobyła sławę na całym świecie fantastycznymi rysunkami, które w niczym nie przypominają bazgrołów często widocznych na murach domów typu “Tu byłem”, “Kocham Jolkę” czy “Legia Pany!”. To kultowe miejsce dla wszystkich grafficiarzy. Nie każdy ma możliwość pozostawienia na murze swojego śladu. To przywilej zarezerwowany tylko dla najlepszych. Amatorom wstęp wzbroniony. To niepisana zasada, której do dzisiaj udaje się przestrzegać. Zasada sensowna, bo odpowiedni poziom rysunków, powoduje, że ulica nadal przyciąga dziennie tysiące turystów. Właściwie mam problem, czy to co tworzy się na murach, powinno nazywać się rysunkiem czy malunkiem, a może grafiką lub graffiti?

Dzień wcześniej wybrałem się na Hosier Lane na mały rekonesans. Nie miałem wtedy pomysłu na to, w jaki sposób dotrzeć do tych, którzy malują. Jak dowiedzieć się o życiu w tym miejscu, panujących tu zasadach. Marzyłem o tym, aby choć spotkać kogoś, kto akurat będzie w trakcie malowania. Zrobię jedno, dwa zdjęcia i szczęścia nie będzie końca.

Po obu stronach ulicy widać niezliczoną masę rysunków. Jedne bardziej ciekawe, inne mniej, ale byłem pod ogromnym wrażeniem jakości i precyzji z jaką niektórzy potrafią władać sprayem. Między ścianami przeciskali się chińczyko-japończyki, których nie jestem w stanie rozróżnić, chyba że spojrzę na metkę czegokolwiek co mają na sobie. W jakimś obłędnym szale fotografowali każdy kamień, po czym wnoszę, że mogli to być jednak Japończycy. Fotografowane było wszystko, od najmniejszego podpisu czy zygzaka a skończywszy na tabliczkach znamionowych hydrantów z jakimiś naklejkami, które poustawiane były wzdłuż najdłuższej ściany. Naród bez świadomości rejestruje wszystko, detal po detalu - kompletnie nie wiem po co? Dla potomnych? Aby mieć w domu? A może stworzyć u siebie lepszą, większą i bardziej kolorową kopię ulicę? Czyli jednak to byli Chińczycy? Zostawmy to.

Ulica wraz z kilkoma przyległymi odnogami wymalowana była od ziemi po czubki domów. Wena artystyczna niektórych, była aż tak duża, że nie ominęli w szale malowania również drzwi, bram czy śmietników. Garaże, rynny, hydranty - wszystko miało swój rysunek. Kiedy zastanawiałem się w jaki sposób komuś udało się zrobić graffiti na wysokości czterech metrów nad ziemią, z niewiedzy wyprowadził mnie młody człowiek, który przyszedł z dwoma barwnymi dziewczynami i niczym małpa wspiął się po rynnie, zawisnął na jednym ręku a drugą dokończył coś, czego zapewne nie udało mu się skończyć wcześniej. Potem w ciągu kilku sekund w jakiś nadludzki sposób zjechał po ścianie i tak jakby robił to codziennie, zabrał plecak ze sprajami z ziemi i zniknął za rogiem.

Trevora i Chrisa znalazłem tuż obok Hosier Lane kolejnego dnia, w jednym z małych zakamarków odchodzących od głównej ulicy. Jeden zaczął malować, drugi wyglądał na menadżera. Siedział i kiwał głową. Nic więcej. Nie mogłem przegapić takiej szansy i od razu przystąpiłem do działania. Rozmowa z nimi nie jest najłatwiejsza. To zamknięta grupa, która nie bardzo dopuszcza do siebie obcych, nie mówiąc już o przyjezdnych z innego kontynentu. Magiczne “Hi” zawsze działa i jest idealne na początek. Później też nie było najgorzej, skoro udało mi się wzbudzić ich ciekawość. Zadawałem pytania a oni w końcu zaczęli mówić. Kiedy się rozkręcili, potok słów z informacjami był tak duży, że błędem było nie zabranie ze sobą dyktafonu.

Obaj przyjechali do Melbourne z Perth, aby otworzyć swoją wystawę w jednej z najlepszych galerii w mieście. O tak. Na Hosier Lane nie malują amatorzy. Ludzie, którzy biegają po ulicy to znawcy tematu i widać to po efektach ich pracy. Tego dnia, obaj chcieli namalować coś co wcześniej zaprojektowali, a do tej pory nie udało im się znaleźć odpowiedniej dużej ściany. Kilka elementów, które przydadzą im się w kampanii reklamowej studia. Nic wielkiego, jednobarwne rysunki.

Nie wyglądali na takich, którym się powodzi i sztuka malowania na cegle wystarcza im na przeżycie, ale radość jaka tryskała od nich, z samego tylko faktu, że zaraz psikną z puszki na ścianę była ogromna. Chris, swoją pracę na bramie garażowej, którą wcześniej pomalował białą farbą tworzył około dwóch godzin. Kiedy mieliśmy nadzieję, że dokończył rysunek, on wyciągał ponownie spraj i dodawał kolejny element. Jeszcze jedna kreska, kropka czy linia - było tyle do wypsikania. Trevor dla odmiany odtwarzał logo studia, choć miałem wrażenie, że to nie był jego dzień. Kręcił się, podchodził i odchodził. Był myślami już przy jutrzejszej wystawie. A to słońce nie to, a to turysta przeszkadza, a to ojciec dzwoni. Same problemy, a dzieło czekało.

Widocznie ten brak weny spowodował, że poszukał jej u mnie. “Chodź namalujesz kilka kresek” - rzucił w moją stronę, odwracając głowę. “Chodź, malowałeś kiedyś?”. A jakże, chciałem powiedzieć, ale poza jakimiś durnowatościami pisanymi na stole w szkole, brak doświadczenia wychodził aż nadto z mojej twarzy, żeby brnąć dalej w tę stronę. “A skąd” - odparłem i w ciągu sekundy już miałem przygotowany przez Trevora spraj. Mazałem, oj mazałem - sztuką tego nazwać nie można. Robiłem wszystko co mi kazali. Wena twórcza Trevorowi wróciła, bo w ciągu kolejnych kilku kwadransów, po moim dziele nie było śladu. Zniknęło gdzie w gąszczu domalowanych elementów.

W końcu skończyli. Po kilku godzinach pracy, na chodniku walały się puszki ze sprajem po siedem dolarów za sztukę. Chińczyko-Japończyki robili zdjęcia, a ja stałem wśród autorów i kiwałem głową. Byłem dumny. Gdzieś tam, w otchłani kresek były też moje. Kiedy odwróciłem się, żeby spakować statyw i aparat do torby, na ścianie i garażu pojawiły się napisy “Yo Darek”. Płakać nie wypadało, więc powiedziałem dyplomatycznie - “chłopaki, no co wy? Nie trzeba było”. Znacząco kiwnęli głowami, a ja i tak wiedziałem, że beze mnie by sobie nie poradzili.

[ 1002 ]