CZAS DOBIJAKÓW

Na sygnał od szypra o wypłynięciu na połów czekam kilka dni. W morzu nie ma ryb i mimo, że pogoda dopisuje niewielu decyduje się na zebranie załogi i rejs. W końcu telefon się odzywa. Wypływamy jutro o 3 rano - słyszę w słuchawce. To Irek - kapitan Koł17, który kilka dni wcześniej zgodził się wziąć mnie na pokład. Chcę zrobić kolejny materiał o ciekawych zawodach, o ludziach, którzy wykonują pracę zbyt mało znaną i niepokazywaną wcześniej. Wypływamy z Kołobrzegu za 12 godzin. W pośpiechu pakuję aparat, ładuję dodatkowe baterie. Wszystko gotowe. Jedyne, czego się boję to czy uda mi się dojechać na trzecią nad ranem nad morze.

Docieram 2 minuty przed trzecią. Po drodze mijam nocnych gospodarzy - sarny, lisy i zające. Wychodzą na spotkanie z pędzącymi samochodami i stojąc przy drodze przyglądają się im z zaciekawieniem.

Załoga już na mnie czeka. Jeszcze tylko wypełnienie dokumentów dla staży granicznej i można odcumować od brzegu. Nasz rejs zaplanowany jest na dwa dni. Zgłosiliśmy, że będziemy pływać w polskiej strefie nie dalej niż 12 mil morskich od brzegu. Jest ciemno. Na horyzoncie widać już kilka kutrów, które chwilę wcześniej wyszły w morze.

Po półtorej godziny drogi dopływamy na łowisko wyznaczone w dokumentach. Słońce powoli zaczyna wychodzić ponad taflę wody. Szyper donośnym głosem każe przygotować się do rozłożenia sieci. Pierwszy do swojej pracy przystępuje mechanik Tomek. Znika momentalnie pod pokładem, choć jeszcze chwilę wcześniej nadrabiał stracone minuty snu. Również dwóch innych rybaków - Piotrek i Łukasz od razu podnosi się ze swoich miejsc i kieruje się na rufę statku. Idę za nimi ciekawy, co teraz będzie się działo. Wszyscy trzej, oprócz kapitana obserwującego poczynania załogi, przeszli na tył statku i zaczynają umieszczać długą sieć w wodzie. Z pozoru prosta czynność zajmuje im długie minuty. Liny, których jest tutaj mnóstwo nie mogą się splątać i muszą być równo rozłożone. Co kilka chwil słychać pokrzykiwania i uszczypliwości - "Tylko na tyle cię stać?". Widać, że załoga jest zgrana i nie trzeba tu nikogo pouczać. Każdy jest odpowiedzialny za swoją część "rybackiej" pracy i wykonuje ją, jak na oko laika, bardzo precyzyjnie.

Mija pół godziny i sieci są w wodzie, a pomarańczowe pływaki unoszą się lekko na powierzchni i z każdą minutą oddalają się coraz bardziej od łodzi. "Teraz musimy czekać" - informuje mnie Piotrek i zdejmuje z siebie spodnie i rękawice, w których pracują rybacy. Mechanik kładzie się na prowizorycznym łóżku przy stole, a my przygotowujemy śniadanie. Kilkanaście jajek, kiełbasa, poranna kawa i kilka pomidorów z cebulą. Jemy, a ja dowiaduje się coraz to nowych rzeczy o ich pracy. Chłonę wszystko z uwagą, bo wszystko jest nowe i interesujące. Jajecznica znika z talerzy. Później razem z rybakami schodzę pod pokład. Tu zostaniemy przez najbliższe 2 godziny. Sen przychodzi szybko - droga i wczesna pora robią swoje. Na pokładzie zostaje sam kapitan.

Sen, którego otwierając oczy już nie pamiętam, przerywa nachylona nade mną postać - "Wstawajcie - już czas". Płyniemy coraz wolniej, a za sobą ciągniemy sieć niczym odważnik przyczepiony do statku. Nikt nie wie, co wyłowimy. Choć czas w jakim wypływamy to czas dobijaków, małych ryb przypominających przerośnięte dżdżownice, w sieci mamy szansę znaleźć każdą rybę pływającą w Bałtyku. Rybacy powoli wciągają sieci, a gdy zbierają pływaki, część w której znajdują się ryby przesuwają wzdłuż burty do miejsca, gdzie znajduje się ładownia. Przed otwarciem sieci podchodzi do nas kapitan i wszyscy razem z niepokojem czekamy, co ukaże się naszym oczom. Zupełnie jakbyśmy czekali na otwarcie świątecznych prezentów. Trafiliśmy na dobijaki. Tysiące cienkich i wijących się ryb zajmuje całą powierzchnię służącą do segregowania. Co jakiś czas jeden z mężczyzn wyjmuje większą sztukę czy łososia, który zaplątał się w sieci. Zanim wszystkie ryby znajdą się pod pokładem muszą być przebrane. Nie ma czasu na odpoczynek. Sieci ponownie trafiają do wody i tam przez kolejne pięć, sześć godzin będą czekały na kolejne rybne trofea. Jest południe. Tomek i Łukasz zabierają się za przyrządzanie większych ryb, które odłożyli do wcześniej przygotowanych skrzynek. Myją pokład i mają chwilę odpoczynku. Tuż po piątej rozlega się kolejny sygnał do wyciągnięcia sieci. Także i teraz wypełniają je dobijaki i dwa łososie.

To nie był wielki połów. Pod pokładem znajduje się niewiele ponad tona ryb, które od razu po dopłynięciu do portu zostaną wessane za pomocą długich rur i umieszczone w specjalnych pojemnikach. Na nabrzeżu widać zawiedzione miny ludzi, którzy czekają tutaj na świeżą rybę zanim ta w całości zostanie zasypana lodem i odwieziona do przetwórni. Niestety, tym razem nie kupią dużego dorsza czy łososia. Rejs kończy się późnym wieczorem. Ryba nie dopisała. Wracamy na miejsce, z którego wyruszyliśmy. Rozstajemy się w miłej atmosferze i z nadzieją, że to ostatni słaby rejs w tym sezonie.

[ 1023 ]