ZA MUREM RELIGII

Kiedy wróciłem z kolejnej podróży do Izraela, którą planowałem od bardzo długiego czasu, miałem ogromny dylemat. W jaki sposób podsumować ten wyjazd, co pokazać, co opisać. Dopiero teraz, po kilku miesiącach od powrotu wiem, że mógłbym stworzyć kilka albumów ze zdjęciami i kilka artykułów, z których każdy traktować mógłby o czym innym.

Myliłem się myśląc, że wojna zdominuje temat większości fotografii. Okazało się, że głównymi bohaterami stali się ludzie tworzący ten ciekawy kraj, razem z ich różnorodnością kulturową i religijną. To w końcu styl życia zarówno jednostek jak i społeczeństw najbardziej utkwił mi w głowie i został zarejestrowany na fotografiach. Na każdym kroku inny, często skrajny, ale zawsze ciekawy.

Kiedy przechodziliśmy razem z przyjacielem, również fotografem, wąskimi uliczkami starej Jerozolimy mogliśmy poczuć i zobaczyć ten tygiel kulturowy, w którym muszą żyć obok siebie tak daleko różniące się społeczności. Muszą i żyją, ale nie jest to łatwe życie. Od ortodoksyjnych Żydów skupionych na modlitwie przy ha-Kotel ha-Maarawi - Ścianie Płaczu otoczonej przez kordony uzbrojonego wojska i wykrywacze metalu, po małe kramy ze wszystkim i niczym opanowane przez Arabów. Od skromnych i zaniedbanych dzielnic Palestyńczyków po mniej lub bardziej kolorowe uliczki dziesiątek innych narodowości, które nie przybyły tu kilka lat temu a są tu od wieków i traktują miasta dziś należące do Izraela jak swoje. Co chwila jednak mijają nas opancerzone wozy izraelskiej armii przejeżdżające przez kolejne dzielnice Jerozolimy, uświadamiając nam, że to nie są spokojne i bezkonfliktowe tereny.

Moim głównym celem fotograficznym w Jerozolimie była dzielnica Mea She’arim znajdująca się na północny-zachód od murów starego miasta w izraelskiej części miasta. To miejsce zamieszkania dla ultra i ortodoksyjnych rodzin żydowskich. Słyszałem wcześniej, że próba fotografowania ludzi w tym miejscu jest skrajnie trudna. Ci, którzy rozsiewali te plotki… mieli rację. Nie dziwił mnie fakt, że wyjątkowo sprawni w obrotach wokół własnej osi, uniemożliwiających wykonanie sensownej fotografii, byli starsi mieszkańcy. Ale nie spodziewałem się tego po dzieciach! Kiedy wchodziliśmy na niewielkie podwórka, pojawialiśmy się na wąskich uliczkach Mea She’arim od razu słychać było hasło “obcy” i wszyscy jak na jeden znak obracali się w taki sposób, że głównym tematem fotografii stawały się plecy. Rozumiem prawo każdego do ochrony swojej prywatności. Jednak u mnie wygrała chęć uwiecznienia tych osób. Bardzo często zdjęcia udawały się kiedy je wykonywałem jeszcze zanim aparat uniosłem do oka, zanim był on zauważony. Muszę przyznać, że było to doświadczenie z pogranicza reportażu wojennego i fotografii jaką wykonują paparazzi.

Fotografia zaprowadziła mnie również do dzielnicy biedy zamieszkiwanej przez Palestyńczyków. Wcześniej naczytałem się o tragicznych warunkach w jakich żyją w tym miejscu ludzie. O nędzy, która zdziesiątkowałaby zapewne jeszcze więcej istnień ludzkich gdyby nie pomoc z zagranicy, z Zachodu. Miejsce nazywane Silwan rzeczywiście nie zachęca do dłuższego pozostania. Pomiędzy zniszczonymi domami widać Palestyńczyków siedzących bezczynnie całymi godzinami. Tu zdecydowanie widać różnicę pomiędzy ulicami zamieszkałymi przez Żydów a tymi gdzie swoje domy mają Palestyńczycy czy Arabowie. Tutaj nieprzyjemny zapach i brud jest wszędzie. Chcieliśmy wykonać kilka fotografii aby zarejestrować biedę i trudne warunki życia tych ludzi. Po drodze spotkaliśmy kilku nastoletnich chłopców uśmiechających się do nas. Miłe uczucie. Otrzeźwienie przychodzi, gdy za chwilę, zupełnie bez powodu, w naszą stronę lecą kamienie. Nie jeden czy dwa. Leci grad kamieni. Rzucają wszyscy, a my czujemy się jak na regularnej wojnie. Może nie były to kule, ale dla mnie wtedy nie miało większego znaczenia czy uderzy mnie w głowę kamień wielkości pięści czy kula… Naszej sprawności zawdzięczamy, że uszliśmy w jednym kawałku, choć jeden z kamieni upada na moim ramieniu jakieś 10 centymetrów od głowy, drugi trafia w plecak kolegi. Kiedy widzimy kolejną grupkę “przyjaciół zachodu” mamy już zupełnie inne podejście. Nie możemy ich obejść więc... uśmiechamy się, w końcu nie mamy złych zamiarów. Oni oczywiście też. Pytają się skąd jesteśmy, po co przyszliśmy. Kiedy kończymy rozmawiać, żegnają nas uśmiechami, międzynarodowym „hallo" a my pozostawiamy ich najszybciej jak się da. Po chwili uciekamy przed kolejnym gradem kamieni. Po tych incydentach, wspomnienia o dwulicowych Palestyńczykach na długo pozostaną w mojej głowie.

Chcemy poznać Izrael nie tylko z perspektywy Jerozolimy. Wynajętym samochodem jedziemy przez tereny Autonomii docierając aż do Wzgórz Golan na północy kraju. Odwiedzamy Morze Martwe wypełnione przez turystów z Rosji, zażywających kąpieli błotnych bez rozstawania się ze złotą biżuterią jaką mają na sobie. Mijamy kilka posterunków granicznych, choć nie jest to miłe przeżycie. Na jednych poddawani jesteśmy drobiazgowej kontroli, na innych nie. Palestyńczycy wydają się być uzależnieni od pracy po izraelskiej stronie chociaż bardzo nie lubią swoich sąsiadów. Izraelczycy natomiast wcale nie ukrywają, że nie chcą im w tym dostępie pomagać.. Widać jak bardzo obie strony odgrodziły się od siebie.

Podczas naszej podróży staramy się dostać również do Strefy Gazy. Sprawdzane są nasze paszporty, nie mamy wymaganych dokumentów ale legitymacja prasowa czyni cuda. Chcemy choć na chwilę wejść na teren ogrodzony ogromnym murem i drutami kolczastymi. Miła Pani instruuje nas, że za trzy godziny granica będzie zamknięta i już dzisiaj nie uda nam się wrócić. Nie potrzebujemy aż tyle czasu. Chcemy zobaczyć w jakich warunkach żyją tam ludzie odcięci praktycznie od wszystkiego. Udało się. Mamy decyzję o możliwości wejścia. Wtedy pojawia się starszy rangą oficer, który zaczyna przeglądać strony wyświetlane na komputerze, coś sprawdza i po kilku minutach kategorycznie odmawia wydania nam przepustek. Legitymacja prasowa nie pomaga tym razem… Ponieważ nie mówi po angielsku, staramy się o pomoc i tłumaczenie właśnie przechodzącego przez granicę Palestyńczyka. Niestety, to nie był trafiony pomysł. Chłopak poprawną angielszczyzną mówi nam, że nie wolno mu, pod groźbą dotkliwej kary, nawet rozmawiać z izraelskim żołnierzem. Trudno... Odchodzimy z granicy, choć niedosyt pozostaje. Za nami jedzie biały samochód z dwoma mężczyznami, który po sprawdzeniu, że na pewno odjeżdżamy w odpowiednim kierunku zawraca do bramy.

Nasza kolejna wizyta tym razem w Palestyńskim Betlejem pokrywa się z przyjazdem sekretarza stanu USA na rozmowy pokojowe. Miasto wita nas ogromnymi ilościami uzbrojonego wojska. Wszędzie widać skandujących ludzi, głównie młodych. Jeden z nich spoglądając na tylną kanapę samochodu i widząc sporą ilość sprzętu fotograficznego usilnie przestrzega nas przed jechaniem dalej. Ostrzega, bo zauważył że jesteśmy w samochodzie na izraelskich numerach rejestracyjnymi. Otwarcie mówi, że może spotkać nas przykrość i że na jego parkingu na pewno nic się nie stanie. O tym też czytałem wcześniej a przestrogi turystów przed przyjaznymi parkingowymi utkwiły w mojej pamięci. Szansa na to, że w samochodzie po naszym powrocie cokolwiek pozostanie, nie mówiąc już o samym aucie, jest mała. Na szczęście szybki start z lekkim piskiem opon powoduje, że ręka jaką trzymał na klamce zostaje oderwana z odpowiednią siła, a my odjeżdżamy na parking, do którego nie jesteśmy już tak usilnie namawiani. Betlejem jest bardzo przyjazne. Wystarczy powiedzieć, że jest się z Polski. Bo to pierwsza rzecz jaką chcą wiedzieć mieszkańcy - pytanie “skąd jesteś?” zawsze jest zaraz po powitaniu. Przyjaznym powitaniu.

Po przejechaniu Izraela wzdłuż i wszerz trafiamy do Tel Awiwu, z którego rozpoczęliśmy naszą podróż. Miasto jest zupełnie inne niż to co turysta zastać może w Jerozolimie. Poza mało przyjaznymi okolicami dworca autobusowego opanowanego przez emigrantów z Afryki, to miasto młodzieży, wielu hoteli i szerokich plaż. Nie widać tu nawiązań ani do wojny ani do wszechobecnej religii. Nigdzie nie ma na czarno ubranych ortodoksyjnych mieszkańców Izraela. Życie toczy się tu w zupełnie inny sposób. Czujemy się jak w dowolnym południowo europejskim mieście. To dobre miejsce na relaks po wcześniejszych przeżyciach.

Wyjechałem z Izraela z masą wrażeń. Tych miłych i tych, których nie będę dobrze wspominał. Ten kraj to jedno z tych miejsc na świecie, do którego chciałbym jeszcze kiedyś wrócić. Musi jednak minąć pewna epoka. Może za jakiś czas odwiedzający ten kraj będą mogli skupić się przede wszystkim na jego pięknie, a wojna i różnice pomiędzy mieszkańcami będą tylko złym wspomnieniem. Mam taką nadzieję, choć nie jest ona wielka po tym co zobaczyłem.

[ 985 ]